Dzieci ulicy

wpis w: Afryka | 0

Najstraszniejsze są dzieci na wysypiskach śmieci. Siedmo-, dziesięcio-, czy dwunastolatki, mali bosonodzy chłopcy z blaszanymi wiaderkami po farbie. Gromadzą w nich nie tylko przedmioty, które mogą mieć jakąkolwiek wartość, tych na wysypisku jest akurat niewiele. Wiaderka są pełne tęsknoty i gorącej dziecięcej miłości do matki, która pożałowała im czystego ubrania i kilku groszy na wyprawkę szkolną, pytań, dlaczego jest teraz z tym panem, który wygnał je na ulice. Nad wysypiskiem krążą sępy, unosi się odór rozkładających się odpadków oraz nadzieja na powrót do domu, na rzucenie się w ramiona rodziców – niezależnie od tego, co się stało. Bo mimo twarzy ogorzałych od wiatru i słońca, blizn i spojrzenia dojrzałego człowieka, który nie jedno w życiu przeszedł, to dalej dzieci, które potrzebują miłości, czułości i opieki, nawet jeśli nigdy tak naprawdę ich nie doświadczyły.

_DSF1710.RAF-5

 

Dzieci ulicy na co dzień w niczym nie przypominają smutnych, zapłakanych i zagubionych osesków. To fajne, sprytne, zaradne i bezpośrednie dzieciaki, które zazwyczaj są uśmiechnięte, zabawne, z którymi można pożartować. Interakcja z nimi – poza tym, że jest nakierowana na otrzymanie pieniędzy czy jedzenia – przypomina rozmowę z sympatycznym znajomym. Przychodzą przeważnie w niewielkiej grupie, czterech, pięciu chłopców, zaczepiają, pytają o zawartość kieszeni i plecaka, biegają, pokrzykują, przekomarzają się między sobą, brzęczą drobniakami o dno blaszanych wiaderek, które noszą. Nikt nie płacze ani nie rozczula się nad sobą, nikt się nie martwi brudną koszulką czy bosymi stopami, po nikim nie widać smutku. Łatwo jest przez to doświadczyć pewnej aberracji. Bo pomimo wrażenia, że właśnie prowadzimy z zabawnym kumplem, to dalej są dzieci, które, tak samo jak ośmio-, czy dziesięciolatki w Europie, potrzebują czułości i opieki.

 

_DSF1630.RAF-2
Te dzieci mają szczęście – rodzice posłały je do szkoły. Ani w Senegalu ani w Mauretanii nie ma obowiązku szkolnego.

 

Podczas pobytu w Senegalu i Mauretanii próbowałem się zrozumieć, jakie są przyczyny tego zjawiska, z jakiego powodu na ulicach – i w wielu innych miejscach – pojawiają się żebrzące dzieci. To, czego udało mi się dowiedzieć – choć mam świadomość, że najprawdopodobniej nie jest to pełny obraz sytuacji – potwierdziło moją wstępną tezę, że dzieci ulicy, to w pewnym sensie dzieci niechciane.

Mieszkańcy Afryki Czarnej mają trochę inny temperament niż Europejczycy czy Amerykanie. Są bardziej emocjonalni, aktywni, towarzyscy i spontaniczni, starają się cieszyć tym, co mają oraz „żyć chwilą”. W mniejszym stopniu zastanawiają się natomiast nad tym, co będzie jutro, nad materialnym zabezpieczeniem swojej przyszłości, karierą czy prestiżem i sposobem postrzegania ich przez innych ludzi. Przekłada się to na bardziej swobodną obyczajowość, także w sferze seksualnej. Skutkiem tego, kobiety bardzo młode, mające dwadzieścia czy dwadzieścia dwa lata mają nierzadko dwójkę lub trójkę dzieci, każde z innym partnerem. Domniemanych ojców jest najczęściej wielu, także niechętnie uznają dzieci za swoje. Jeśli już to się dzieje, to uznają oni tylko swoje dziecko, pozostałe zaś traktują jako domowników, od których oczekują „dokładania się” do wydatków domowych. W ten sposób wiele dzieci trafia na ulicę.

 

_DSF1738.-2
Jedną z przyczyn jest wszechobecna bieda. W takich warunkach żyją ludzie w dosyć bogatej wsi, co można poznać po murowanym meczecie.

 

Wydawać by się mogło, że rozwiązaniem tej sytuacji, poza walką z biedą, jest edukacja seksualna, upowszechnianie metod antykoncepcji oraz pewne zmiany prawne. To jednak, jak myślę, europejski punkt widzenia. Spotkałem co najmniej kilka osób, które opowiadały mi, że wróciły z Europy do Afryki, często zostawiając dobrą pracę i rodziny, ponieważ nie podobał im się europejski styl życia: skrupulatność, zorganizowanie, zapobiegliwość. Afrykańczycy pragną żyć, bawić się, śmiać i kochać, a nie zastanawiać, co stanie się jutro. Zachowania seksualne, który my nazwalibyśmy „ryzykownymi” są elementem kulturowym tych ludzi i obawiam się, że pogadanki o metodach planowania rodziny raczej nie trafiłyby na podatny grunt.

Los dzieci ulicy nie budzi też nadmiernego zainteresowania obywateli, którzy najwyraźniej są już przyzwyczajeni do ich obecności. Nie byłem też świadkiem działań organizacji humanitarnych. Te z resztą najczęściej działają w sposób wybiórczy, oferując rozwiązania krótkoterminowe, nie zaś systemowe i pojawiają się tylko tam, gdzie są media – w rejonach głośnych katastrof czy konfliktów. Senegal, który jest jednym z najbogatszych państw rejonu, zdecydowanie nie jest takim miejscem.

Dobre rozwiązanie problemu dzieci ulicy prawdopodobnie nie istnieje.

 

_DSF1650.RAF-1
Dziewczynka w kopalni soli nad jeziorem Lac Rose w okolicach Dakaru.

 

I zostają tylko dzieci. Ze złamanymi serduszkami siedzące na wysypisku, przecierające oczy od kurzu podnoszonego przez samochody, biegnące boso po rozgrzanym asfalcie ulicy. Niechciany, nierozwiązywalny problem. Dzieci, które już chyba zawsze nimi pozostaną. Trauma z życia na ulicy nie minie bowiem z nastaniem dorosłości, cały czas będzie gdzieś w środku, odzywać się tłumiona. W ten sposób stając się dziećmi ulicy choć raz, zostają nimi już na zawsze.

Zostaw Komentarz