To nie jest kraj dla ufnych ludzi. Historia kilku oszustw. Cz. 2.

wpis w: Afryka | 0

Może to trochę naiwne, ale ufam ludziom, których spotykam w podróży. Pozwalam im się poprowadzić, pokazać swój sposób patrzenia na świat, zachować się tak, jak oni, a nie ja, mają w zwyczaju. Robię tak, mimo że zupełnie nie znam tych ludzi. Mam bowiem głębokie przekonanie, że drugi człowiek widząc okazane zaufanie, potrafi je docenić i nie nadużywa go. Niestety, w Afryce spotkałem wiele osób, które starają się wykorzystać każdy jego przejaw. Oszustwa są powszechne na każdym kroku, a to krótkie zestawienie może pomóc w uniknięciu przynajmniej części z nich.

Przystań promowa w Rosso. Po drugiej stronie rzeki jest Mauretania.

 

Niniejszy wpis stanowi drugą część informacji o tym, na co warto uważać, podróżując po Afryce Zachodniej. Część pierwszą znajdziesz tutaj.

6.Naprawdę każdy. I to jak bezczelnie.

Granica między Senegalem a Mauretanią biegnie wzdłuż rzeki Senegal. Nie jest to nic nadzwyczajnego, w szczególności dla osoby pochodzącej z kraju położonego między Odrą a Bugiem. Bardziej zaskakujący jest fakt, że na rzece o długości Wisły nie ma ani jednego mostu. Jedyną możliwością przeprawienia się są małe, wąskie łódki, bądź też prom. Nie chcąc być oszukanym na cenie łódki, wybrałem tą drugą możliwość, licząc się z tym, że na przypłynięcie promu będę musiał zaczekać. Uzyskanie informacji, jak długo, okazało się jednak niemożliwe. O jakimkolwiek rozkładzie oczywiście nie ma mowy. Jeśli już ktoś twierdził, że prom jeszcze dzisiaj będzie, podawał czas od czterech do ośmiu godzin. I że koniecznie muszę płynąć łódką jego przyjaciela. Nie dałem się namówić. Znalazłem kawałem cienia i obiecałem sobie być cierpliwym.

Prom przypłynął po około trzech godzinach. Początkowo nie wiedziałem, czy powinienem kupić bilet, gdzie i ile to kosztuje. Zupełnie swobodne wejście na prom dużej ilości ludzi upewniło mnie jednak, że przeprawa jest darmowa. Nie przeszkodziło to jednak kilku cwaniakom podejść do mnie i przekonywać, że powinienem im zapłacić za bilet. Oczywiście oczekiwali zapłaty tylko ode mnie, licząc że nie wiem, że przeprawa jest darmowa. Po dopłynięciu, ktoś nawet zgłosił się do mnie po odbiór pieniędzy, ale speszył się, gdy w odpowiedzi na jego żądanie wybuchłem śmiechem. Najbardziej przykre, że osoby te nie były „przygranicznymi krętaczami”, którzy w takich miejscach polują na turystów. To byli współpasażerowie promu, całkiem zwykli ludzie. Upewniło mnie to w przekonaniu, że niestety, oszukanym można zostać przez każdego.

7. Daj się oszukać lub daj się oszukać

Wiza do Mauretanii kosztuje 55 euro. Ta cena jest widoczna na rachunku otrzymywanym na przejściu granicznym. Niestety, urzędnik wydający wizę, mimo moich długich namów, nie chciał przyjąć euro. Tylko ugija lub – w ostateczności – franki CFA. Zdecydowałem się zapłacić w tej drugiej walucie. Problemem natomiast stało się przeliczenie, ile franków odpowiada kwocie pięćdziesięciu pięciu euro. To znaczy tylko ja miałem problem, bo urzędnik od razu podał mi kwotę. Znacznie zawyżoną. Ograniczyło moje możliwości działania. Mogłem być bowiem oszukany na kursie albo przez tego urzędnika, albo cinkciarza wymieniającego waluty przy granicy. Wybrałem urzędnika, ze stratą 20 czy 30 euro.

Z tego, co mi wiadomo, tego oszustwa można uniknąć, przekraczając granicę od strony Sahary Zachodniej. Podobno urzędnicy mają tam zakaz pobierania innej waluty niż euro. Domyślam, jaka była przyczyna wprowadzenia tego zakazu.

 

Mam pewne podejrzenia, że nie jest to autoryzowana stacja obsługi pojazdów.

 

8.Fałszywi mundurowi

Czekając w kolejce do biura wizowego – przede mną stało dwóch Portugalczyków – zaczepił mnie mężczyzna. Powiedział, że jest z ochrony i że jak tylko skończę załatwiać sprawy wizowe, to mam zgłosić się do jego gabinetu. Pokazał mi palcem, w którym gabinecie urzęduje. Byłem przekonany, że chodzi o kontrolę bagażu, bo dotychczas nikt nie sprawdzał, czy nie przewożę zakazanych przedmiotów.

Nie poszedłem jednak do „człowieka z ochrony”, on pojawił się sam i odebrał mój paszport od urzędnika zajmującego się sprawami wizowymi. Zapytał mnie, czy posiadam równowartość stu euro w miejscowej walucie. Wytłumaczył, że jest to minimalna kwota, którą muszę posiadać wjeżdżając do Mauretanii. Gdy pokażę mu taką sumę, to on wyda mi zaświadczenie, dzięki któremu będę mógł opuścić granicę. Brzmiało to wiarygodnie. Widziałem bowiem, że przy wjeździe do niektórych państw wymagane jest posiadanie odpowiedniej kwoty pieniędzy, choć nie byłem pewny, czy do Mauretanii również.

Ponieważ nie miałem takiej kwoty, „człowiek z ochrony” zaprowadził mnie (przeszliśmy bez kontroli przez bramę strzeżoną przez żołnierzy) najpierw do kantoru, a później do bankomatu. Nie miałem za bardzo ochoty wymieniać pieniędzy w jakimś szemranym kantorze, dlatego z bankomatu wypłaciłem wymaganą sumę w lokalnej walucie. „Człowiek z ochrony” zabrał mi połowę tej kwoty, mówiąc, że jest to cena za wystawienie zaświadczenia. To było kompletnie bez sensu, zwłaszcza, że „człowiek z ochrony” zaczął mi mówić coś o jakimś oprocentowaniu. Zażądałem zwrotu swoich pieniędzy i powrotu na posterunek graniczny, celem wyjaśnienia sprawy, której zupełnie nie rozumiałem.

Wybuchła awantura. Nie ustąpiłem jednak i wróciłem na posterunek graniczny, do pokoju, w którym umundurowany żołnierz wypisywał jakieś papiery. Wtedy „człowiek z ochrony” zwrócił mi część pieniędzy, mówiąc że pobrał za dużo i wyprowadził z powrotem mnie na korytarz. Po tym byłem już pewny, że to zwykły naciągacz. Awanturowałem się więc dalej, starając odzyskać resztę pieniędzy. Na początku było trudno, ale gdy w pobliżu pojawił się umundurowany żołnierz, dostałem całą kwotę. Na koniec, oddalając się, „człowiek z ochrony” wyszarpał mi jeszcze z ręki 2000 ugija (ok. 20 zł). Nie goniłem go jednak. Rozmawiałem z żołnierzem. Potwierdził on moją hipotezę, że trafiłem na oszusta, choć po tej całej sytuacji mam wrażenie, że cały ten proceder odbywa się z przyzwoleniem pograniczników.

Niestety, Portugalczycy, którzy wpadli w jego łapy wcześniej, zostali oszukani na sporą sumę.

To nie jedyny raz, gdy podczas podróży po Mauretanii ktoś podawał się wobec mnie za żołnierza lub policjanta, usiłując coś wymusić. Jeśli chodzi o ten kraj, to zasada jest prosta: nie wierzyć tym, którzy nie noszą munduru. Niestety, nie działa to wszędzie. W wielu państwach zwłaszcza wojskowi często nie mają mundurów. Z takim przypadkiem można spotkać się np. w tureckim Kurdystanie. Wówczas, jako miernik wiarygodności przyjmowałem noszenie broni na widoku.

9. Nagły spadek jakości

Gdy dotarłem do Atar było późno na tyle, aby poważnie zastanawiać się nad miejscem spędzenia kolejnej nocy. Co najmniej kilka napotkanych osób zaproponowało, że pokaże mi, w którym miejscu znajduje się oberża należąca do „przyjaciela”. Ostrożnie zgodziłem się na obejrzenie tego miejsca, obiecując sobie poszukać innego miejsca, jeśli tylko coś podejrzanego zwróci moją uwagę. Oberża okazała się jednak doskonała. Dostęp do wody (w tym prysznica!), toalety, Internetu, a nawet możliwość przespania się na łóżku pod moskitierą w bardzo korzystnej cenie, to nawet więcej niż mi trzeba. Zadowolony położyłem się spać.

Nazajutrz rano okazało się, że tylko opakowanie wyglądało dobrze. Instalacja wodna okazała się jedynie wersją demonstracyjną, mającą na celu zachęcenie potencjalnych klientów. Po odkręceniu woda leciała tylko przez kilka sekund, dokładnie tyle, ile poprzedniej nocy pokazywał mi właściciel oberży, odkręcając na chwilę kurek od prysznica. Uzyskanie takiej ilości wody, która pozwoliłaby na umycie się, wymagało wycieczki do studni. Zniknął także router od Internetu, który – jak myślę – został wypożyczony specjalnie na mój przyjazd. Byłby on z resztą zupełnie nieprzydatny, gdyż prądu też już nie było.

Poranne odkrycia rozczarowały mnie nieco, przy czym szybko się do nich przyzwyczaiłem. Nie przyjechałem w końcu siedzieć w oberży, ani marnować czasu w Internecie, a wody mogę sobie przynieść. Rozumiem jednak, że takie warunki dla niektórych mogą być problemem. Sugeruję więc dokonywanie za każdym razem szczegółowego wywiadu, co jest dostępne, a co nie, oraz osobiste sprawdzanie, czy tak jest rzeczywiście.

Samochód być dobra. Musieć tylko trochę odpocząć.

 

10. Lokalny zlot oszustów

Choum, północ Mauretanii. Miasteczko, w okolicach którego zatrzymuje się pociąg relacji Zuwirat – Nawazibu. Dojeżdżam tam tzw. dzieloną taksówką, siedem osób w starym mercedesie. Po przyjeździe mam jeszcze kilka godzin oczekiwania, zanim przyjdzie pociąg. Spędzam je w poczekalni. Czas między drzemkami umilają mi lokalni oszuści, których zapewne przyciągnęła wieść o oczekujących białasach. Pojawia się kilka osób, które twierdzą, że żadnego pociągu nie będzie, a jeśli już, to obcokrajowcy nie mogą nim jechać. Za to przyjaciel oferuje dobre miejsca noclegowe. Ktoś inny proponuje bilety na ten pociąg (jedzie się na wagonie towarowym, nie ma żadnych biletów). Pojawia się fałszywy żołnierz, który żąda stawienia się na posterunku, 30 km dalej, do którego może – oczywiście odpłatnie – podwieźć. Na końcu ktoś twierdzi, że te kilka godzin spędzone w poczekalni (publicznej, w której było wielu ludzi), to w zasadzie usługa hotelowa, za którą należy się wynagrodzenie.

Na szczęście podróżowałem wtedy z Corrado, Włochem, którego poznałem w hostelu w Chinguetti. W porównaniu do łatwowiernych białasów, grzecznie oddających pieniądze, Corrado był postacią dosyć nietuzinkową. Będąc starym marynarzem, pracującym od lat w porcie w Genui, poznał prawdopodobnie większość cwaniaków, krętaczy, oszustów i naciągaczy na tej planecie. Zgrabnie zbywał wszystkie tego typu osoby, zwalniając mnie od tego, mało przyjemnego, obowiązku.

Co jednak zrobić, gdy nie ma się tak dobrego kompana jak Corrado? Przede wszystkim nie denerwować się. Wielu ludzi, w tym mnie, wkurza, gdy ktoś próbuje oszukiwać. Trzeba jednak zrozumieć odmienność Mauretanii. I nie mam tu na myśli jedynie biedy, niskiego poziomu życia. Mauretania to kraj kupców. Od wieków, z pokolenia na pokolenie, Mauretańczycy zajmowali się – i nadal to robią – handlem. Handel ten wygląda inaczej niż w Europie. Opiera się na wykorzystaniu przewagi sprzedającego nad kupującym – niezrozumienia, nieznajomości cen lub sytuacji. Często to, co traktujemy jako próba oszustwa, jest po prostu wyrażeniem chęci zawarcia transakcji, próbą wykorzystania tej przewagi. I to dla Mauretańczyków jest normalne, nie można się z tego powodu denerwować. Lepiej podejść do tego z cierpliwością, próbując odmówić lub negocjując. Takie zachowanie zostanie lepiej zrozumiane.

Zostaw Komentarz