Jeden na nocny do Suczawy.

wpis w: Europa | 1

Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia, Mołdawia, Ukraina – to kraje, które odwiedziłem podczas tegorocznego długiego weekendu majowego. W każdym z nich byłem już wcześniej, co wcale nie oznacza, że tym razem się nudziłem. Wręcz przeciwnie, przywiozłem ze sobą wiele refleksji i spostrzeżeń, a życzliwość napotkanych ludzi mnie oczarowała mnie ponownie.

Cała Rumunia na jednej fotografii.
Cała Rumunia na jednej fotografii.

 

Nie planuję swoich wyjazdów zbyt dokładnie. Wyznaczam sobie jeden, względnie, przy dłuższych wyjazdach, kilka punktów, które chciałbym odwiedzić albo rzeczy, które chciałbym zrobić. Nie za wiele jednak, tak aby nie śpieszyć się pędząc z jednego miejsca do drugiego. „Zaliczanie” kolejnych punktów programu to sposób podróżowania, który najmniej mnie pociąga. Zamiast tego, w drodze do wybranego miejsca, staram się „dać się ponieść podróży”. Jeżdżąc autostopem i śpiąc w namiocie często to możliwe. Przystaję na propozycje osób, które napotykam na swojej drodze, sprawdzam, czy zasłyszane plotki i opowieści są prawdziwe, korzystam z rekomendacji miejscowych, zdarza mi się też w jednej chwili podjąć decyzję o pojechaniu do innego miejsca, niż to pierwotnie planowałem. Przede wszystkim jednak dużo pytam.

Może nie jest to najbardziej efektywny sposób podróży. Pewnie przez to ucieka mi wiele miejsc, o których przewodniki krzyczą, że muszę je odwiedzić. Pewnie tęsknią za mną nieodwiedzane muzea i wystawy, a strzeliste wieże katedr z wyższością spoglądają na moją architektoniczną ignorancję. Jestem jednak silnie przekonany, że właśnie tak, dając się ponieść podróży, pozwalając jej sobą pokierować, można najłatwiej z obserwatora stać się uczestnikiem. To właśnie włócząc się, nie realizując założony program, najszybciej udaje mi się zrozumieć nowe miejsca, w których jestem, a notatnik, który zawsze mam ze sobą, wypełnia się refleksjami, uwagami i spostrzeżeniami. Częścią z nich, pochodzącą z majowego wyjazdu do Mołdawii, chciałbym się z Tobą podzielić.

Dwie szczypty faktografii

Od kilku lat podczas długiego weekendu majowego staram się zdobywać kolejne najwyższe szczyty państw europejskich (mam nadzieję, że uda mi się wkrótce opisać to na blogu). Mając na uwadze kilka wyścigów autostopowych, które odbywają się w tym terminie, a których trasa wiodła na zachód bądź południowy zachód, zdecydowałem się na kierunek wschodni i Mołdawię.

Około dwóch i pół tysiąca kilometrów, od Warszawy, kolejno przez Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię i Ukrainę, pokonałem w sposób kombinowany. Z Warszawy do Krosna pojechałem pociągiem, w ten sam sposób też wracałem, jadąc z Winnicy z powrotem do Warszawy. Zamiast noclegu w Kluż-Napoka, zdecydowałem wyspać się w autobusie nocnym, jadącym do Suczawy (stąd nazwa tego wpisu). Trasę od Krosna do Kluża oraz od Suczawy do Winnicy pokonałem autostopem.

Bez tytułupop11-1
Na mój gust narysowany trasą kształt przypomina jednorożca.

Węgry

Pierwszy i właściwie jedyny raz podczas tego wyjazdu utknąłem zaraz po przekroczeniu granicy Polski ze Słowacją. Marzłem przez dobrych kilka godzin, a z nieba siąpił deszcz. To czekanie miało widocznie jakiś wyższy sens, ponieważ gdy już znalazłem kogoś, kto zgodził się mnie podwieźć, udało mi się pokonać kilkaset kilometrów, dojeżdżając aż do węgierskiego Debreczyna.

Debreczyn jest drugim największy miastem na Węgrzech, do którego w dodatku dotarłem dosyć późno. Mimo tego, udało mi się znaleźć miejsce na namiot. Urbaniści „czasów słusznie minionych” pomiędzy szeregami szarych bloków umieszczali często trochę zieleni, miejsce na boisko, plac zabaw, posadzenie kilku drzew czy wyprowadzenie psa. Tam właśnie rozstawiłem namiot, licząc że mieszkańcy takich miejsc, zazwyczaj zajmujący się udawaniem, że nie widzą, co się dzieje wokół nich, zignorują także moją obecność. Tak też się stało.

Gdy obudziłem się następnego dnia, zaskoczyła mnie cisza. Rozejrzałem się. Pośród odrapanej wielkiej płyty ujrzałem tlenione rencistki z maleńkimi pieskami, kilka kobiet spacerujących z wózkami dziecięcymi, dziewczynkę na rowerze, wąsacza z kubłem, idącego wyrzucić śmieci. Osiedle w centrum drugiego największego miasta na Węgrzech wyglądało jak blokowisko mojej babci w mieścince zgubionej gdzieś na wschodzie Polski. Żadnych facetów w garniturach, w pośpiechu starających się upchać wrzeszczące bachory do samochodu, odwieźć do przedszkola i jeszcze zdążyć do pracy. Ani jednej eleganckiej pani w żakiecie, zamawiającej taksówkę. Zero lekko zdezorientowanych kurierów i dostawców jedzenia, szukających właściwego adresu. Brak ogrodzeń, domofonów, systemów monitoringu, ostrzeżeń przed specjalnymi grupami ochroniarzy.

Cenię sobie takie sielskie miejsca, ale chyba ale chyba nie chciałbym, aby tak wyglądało centrum Poznania, Wrocławia czy Gdańska. Cieszę się, że w dużych miastach mojego kraju jest to całe wrzenie: pośpiech, działanie, interesy i załatwianie spraw, walka o to, aby jutro było lepiej. Upatruję w tym nowoczesności i rozwoju. Ma to oczywiście swoją cenę, choćby w postaci stresu i większego tempa życia. Ci, którzy nie są jednak w stanie jej płacić, powinni rozejrzeć się za spokojniejszymi miejscami. Takimi choćby jak Węgry, w których, jak się wydaje, poza zaledwie kilkoma miejscami, życie płynie w wolniejszym tempie. To co nowe, co intensywne, kontrowersyjne albo odmienne trafia na Węgry później niż do Polski i trudniej się adaptuje. To dlatego Polska szybciej się rozwija. I także z tego powodu uważam, że osoby, które starają się stworzyć w Polsce „drugie Węgry”, dawno nie były w żadnym miejscu tego kraju poza Budapesztem.

_DSF234134

Rumunia

Za Debreczynem poznałem przesympatyczną Węgierkę – Boglarkę, która zmieniła swoje plany i podwiozła mnie aż do rumuńskiej Oradei. Tam, łapiąc stopa do Kluża poznałem Stefana, który z pracy we Włoszech wracał do domu, do Suczawy. Zaproponował, abym pojechał razem z nim, wsiadając w Klużu do nocnego autobusu. Zgodziłem się. Po przyjeździe, Stefan zaprosił mnie do swojego domu, aby przynajmniej przez kilka godzin odespać podróż, później zaś także oprowadził po Suczawie.

Słuchając opowiadań Stefana o mieście, kraju i regionie chyba zrozumiałem coś ważnego. Ci ludzie, Rumuni i Ukraińcy z Bukowiny, Polacy z Podkarpacia, Mołdawianie, są tacy sami. To jest ta sama grupa ludności, ten sam gatunek człowieka, ten sam naród, mimo że współcześnie podzielony granicami kilku państw. Wszyscy pochodzą z podobnego rejonu. Wszystkich łączy ta sama historia – począwszy od wpływów wołoskich, sprzed tysiąca lat, przez Monarchię Austro-Węgierską, aż do czasów realnego socjalizmu. Tego się nie da zatrzeć, wyznaczając linie na mapie, ucząc innego języka czy narodowych mantr.

Ludzie, dowiadując się skąd pochodzę, uśmiechali się i mówili, że kiedyś byli w Przemyślu albo Rzeszowie. Nie o Warszawie czy Morzu Bałtyckim. W Jassy jadłem zupę podaną w chlebie, zupełnie taką samą, jaką kiedyś zamówiłem w Lwowie. W mołdawskich Bielcach ktoś opowiadał mi o swoich przodkach pochodzących z okolic Sanoka, w rumuńskich Botoszanach o babce z ukraińskich Czerniowców. Wszyscy Ci ludzie mają podobny gust, ubierają się podobnie, smakują im podobne rzeczy, podobnie myślą. Te elementy, które z pozoru mogą wydawać się ledwie niuansami, stanowią o wspólnej narodowości osób zamieszkujących te strony. Tylko jak nazwać ten naród na terytoriach kilku państw? Gdybym to ja mógł o tym decydować, powiedziałbym, że jest to narodowość karpacka.

Polichromie na sklepieniu Cerkwi św. Demetriusza w Suczawie.
Polichromie na sklepieniu Cerkwi św. Demetriusza w Suczawie.

Mołdawia

Z Suczawy złapałem tira do Jassy, a później, na kilka samochodów, dotarłem do Mołdawii.

Zachodnia Mołdawia to rejon, przez który przejechałem z wielkim uczuciem tęsknoty. Obrazy przesuwające się za szybą jednego z niewielu jeżdżących tam samochodów przypominały mi o dzieciństwie spędzonym w małym miasteczku, prawie na wsi. Dzieci kopiące szarą, zupełnie oddartą z wszystkich łat piłkę. Kobiety w kolorowych chustach na głowie, siedzące na ławeczkach i czekające na coś, co prawdopodobnie nigdy nie nastąpi. Cebulasta kopuła cerkwi prześwitująca przez wysoką trawę. Zapach liści palonych w ognisku. Błotniste koleiny nieutwardzonych dróg.

Szczerze tym wszystkim tęsknię, pamiętając czasy, gdy sam byłem chłopcem niemal nierozstającym się z taką poobdzieraną piłką. Mam jednak świadomość, że jeszcze przez wiele lat nie wrócę na wieś, że po tylu latach w mieście, nie potrafiłbym tam żyć.

Niemało osób odpowiedziało pozytywnie na pytanie: „A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?”. Po przeprowadzce okazało się jednak, że to nie jest to, zwłaszcza zimą, gdy nie ma Internetu, nie można wyjść do kawiarni, na wystawę czy koncert, albo wpaść do znajomych. Zamiast tego trzeba natomiast wyjść na mróz i przynieść drewna do kominka, albo odgarnąć śnieg, tak aby dało się wejść do domu. Ludzie z miasta nie są gotowi do życia w Bieszczadach, czy, tak jakbym to chciał – na wsi. Nauczenie się cierpliwości, tego jak czuć się komfortowo pomimo braku miejskich udogodnień, odzwyczajenie się od nieustannego zalewu informacyjnego trwa trochę czasu i nie jest specjalnie przyjemne. Nie wszyscy dają sobie z tym rady. Ci natomiast, którzy przez wyjazd szukają lekarstwa na swoje problemy, szybko dowiadują się, że ucieczka wcale  ich nie rozwiązuje. Dlatego nie spodziewam się swojego szybkiego powrotu na wieś.

_DSF23775.RAF

Zdobywszy najwyższy szczyt Mołdawii złapałem stopa do Bielc, a następnie Winnicy. Stamtąd zaś pociągiem przez Lwów, wróciłem do domu.

 

 

Jedna odpowiedz

  1. Inspirujące! 🙂

Zostaw Komentarz