Wszyscy jesteśmy turystami.

wpis w: Afryka | 1

Rabat. Marcowe przedpołudnie. Słońce, choć jeszcze niezbyt wysoko, daje o sobie znać temperaturą spotykaną w Polsce jedynie w najcieplejsze dni lata. Rozkoszuję się rześkimi podmuchami oceanicznego wiatru, siedząc w restauracji w pobliżu medyny. Odpoczywam. Za mną długa podróż. Prawie trzy i pół tysiąca kilometrów autostopem po Afryce. Kelner pyta o mój turban, czy z pustyni. Tu jest czymś niecodziennym. W Maroku takich się nie nosi. Piszę. Liczę. Sumuję wszystko to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach. I czyniąc to wciąż powraca do mnie jedna myśl: wciąż jestem tylko turystą.

Maroko: plaża
I może dlatego wciąż wrzucam takie łzawe obrazki, jak to zdjęcie z plaży w Agadirze.

 

Wciąż mało rozumiem

Planując swój wyjazd postanowiłem sobie, że spośród wszystkich państw, które zamierzam odwiedzić najmniejszą sympatię będę okazywać dla Maroka. To przez politykę tego kraju względem Sahary Zachodniej, ale także – nie ukrywajmy – jakieś moje wewnętrzne hipsterstwo, które sprawia, że bardziej interesują mnie państwa o znikomym ruchu turystycznym, do których Maroko zdecydowanie nie należy.

Po pokonaniu całej trasy dochodzę jednak do wniosków odmiennych. Chyba najbardziej polubiłem Maroko. Nikt mnie tutaj nie zaczepia na każdym kroku, próbując coś sprzedać. W sklepach produkty są oznaczone cenami i nikt ich nie zawyża z tego powodu, że jestem obcokrajowcem. Mogę podjechać komunikacją miejską, zamiast drałować kilkanaście kilometrów w upale. Po mieście spaceruję wygodnym chodnikiem, zamiast brodzić w gorącym piachu, przemieszanym ze śmieciami.

I chyba to, że tęskniłem za takim luksusem świadczy, jak mało wiem o miejscach, które odwiedziłem. Że nie potrafiłem się zaadaptować, poczuć się w nich dobrze. Zamknąłem się w sobie, przyjąłem postawę obronną. Także dlatego, że miejsca te mnie nie zaakceptowały. Nikt z miejscowych nie traktował mnie tak naprawdę jak swojego.

Mimo, że maksymalną ilość czasu spędziłem z miejscowymi, śpiąc, jedząc i podróżując z nimi, zawsze byłem dla nich tylko gościem. Nie dowiedziałem się, jakie są aktualne tematy prywatnych rozmów. Co ekscytuje miejscowych? Co ich martwi? Czym są zajęte ich myśli? Nie poznałem niuansów społecznych, co wypada, a czego nie można robić. Nie nauczyłem się dostrzegać tego, co jest powszednie, a co wyjątkowe. Nie zrozumiałem, dlaczego ludzie zachowują się w taki, a nie inny sposób. Ledwie liznąłem ten świat, przyglądając się mu z perspektywy gościa, turysty.

Maroko: kiosk
Spędzanie czasu z miejscowymi, mieszkanie i jedzenie z nimi, nie sprawia, że stajesz się kimś więcej, niż tylko turystą.

Być obywatelem świata

Czy to, że tęskniłem za ciepłym prysznicem, europejskiego typu toaletą oraz moją ulubioną zupą ogórkową, jest czymś złym? Czy tego chcę, czy nie, przynależę do jakiegoś świata. I nie wiem, czy, nawet gdybym miał taką potrzebę, mógłbym to zmienić. To jest gdzieś we mnie. Odczuwam potrzebę posiadania domu, nawet tak szeroko pojmowanego, jak określony kraj, czy obszar kulturowy. I wiem, że wiele osób czuje podobnie. Spycha to nas do roli gości, gdy odwiedzamy inne miejsca, nie mając planów osiedlenia się w nich. Sprawia, że wszyscy jesteśmy turystami. Różnice między nami sprowadzają się raczej do tego, jaki sposób turystyki uprawiamy.

Chyba nie potrafiłbym być „obywatelem świata”, osobą zupełnie pozbawioną poczucia tego, że gdzieś jest lub było miejsce, do którego przynależy. Nie tęsknić do stron, w których się wychowałem, potraw jadanych w dzieciństwie, krajobrazów mnie tam otaczających, przyjaciół, rodzimego języka. I mimo, że nie myślę o tym codziennie, te wszystkie rzeczy, to jakaś część mnie, gdzieś to we mnie tkwi.

Maroko: dom
Dom to poczucie przynależności do jakiegoś miejsca. Dopóki go mamy, wszędzie indziej będziemy tylko gościem.

Nie gniewam się

To już chyba ostatni wpis z tegorocznej wyprawy do Afryki. Stąd też chciałbym nawiązać do tego wszystkiego, co dotychczas na ten temat napisałem. Wydaje mi się, że trochę zamarudziłem temat. Wspominałem o tym, na na co należy uważać, o przykładach tarapatów i nadużyć, które mnie spotkały, przerażałem się sytuacją dzieci żyjących na ulicy, a także biedą, niewolnictwem i rasizmem, przywołałem tragiczną historię konfliktów zbrojnych i okupacji. To wszystko nie brzmi specjalnie pozytywnie. Gdzieś się w tym zagubił entuzjazm, optymizm, energia, dostrzeganie tego, co dobre, fajne, miłe. I wcale to nie oznacza, że z wyjazdu nie jestem zadowolony. Jestem – raczej z tego, że miałem szansę zobaczyć to wszystko, zmienić swój sposób postrzegania świata – niż z tego, co tam się dzieje. Bo nie dzieje się dobrze.

Swoim sposobem widzenia Afryki wpisałem się z resztą w jakiś szerszy nurt postrzegania tego kontynentu. Wystarczy spojrzeć na wydawane w naszym kraju książki o Afryce: „Dzisiaj narysujemy śmierć” Tochmana, „Wszystkie ziarna piasku” Sabeli, czy „Dziękujemy za palenie” Leszczyńskiego. Wszystkie przedstawiają ludzkie dramaty, cierpienie, śmierć, biedę. Czasami myślę, że chciałbym ten trend odwrócić, pokazać jak w tym wszystkim Afrykanie odnajdują piękno, radość i szczęście. I może właśnie w tym celu wrócę jeszcze kiedyś do Afryki.

Maroko: baobaby
Mimo wszystko, czuję, że do Afryki jeszcze wrócę.

 

 

 

Jedna odpowiedz

  1. Czasami, żeby dowiedzieć się, co w prywatnym życiu się u miejscowych dzieje potrzeba trochę tupetu i bezczelności. Nie wszystko jest zawsze na wierzchu. Stety.

    Czy jesteśmy turystami, czy czymś innym… Temat podejmowany przewlekle. Hasło „obywatel świata” traktuję od zawsze jako frazes.

    Reportaże i ich przygnębiający charakter – niestety, ale taka domena reportaży, że głownie są o nieszczęściu i dramacie. W Afryce łatwo się takie grona zbiera. Kydryńskiego „Biel” może rzuci Ci inny cień na Afrykę.

    A Maroko piękne jest. Jeden z najbardziej atrakcyjnych krajów.

Zostaw Komentarz