Kasztanowiec owinięty śmiercią. Migawki z południowo-wschodniej Serbii.

wpis w: Europa | 0

Uczę się serbskich imion z nekrologów zawieszonych na przystanku autobusowym. Dragan, Slobodanka, Mihajlo i Milica. Żałobne, czarne lub granatowe plakaty są niemal wszędzie: na słupach, ogrodzeniach, drzwiach, tablicach i szybach. Stojący nieopodal  przystanku kasztanowiec również nie obronił się przed nimi, wielokrotnie opasany taśmą, którą przyklejono kilka warstw pogrzebowej makulatury. Drzewo owinięte śmiercią. Siąpiący deszcz zaczął rozmywać pierwsze, tuszowe litery, gdy niewielki bus zabrał mnie do Kalna, wprost do serca serbskich gór.

Wieś

Położone w południowo-wschodniej Serbii pasmo górskie Stara Płanina, zachwyca swoim pięknem. Zwłaszcza teraz, jesienią. Żółte, złote i czerwone liście drzew porastających jego zbocza kontrastują z widocznymi na horyzoncie, białymi od śniegu wierzchołkami. Rozpogadza się. Przebijające się przez chmury promienie promienie słońca ogrzewają niewielkie, liczące ledwie kilka lub kilkanaście domów, wioseczki z rzadka rozrzucone po dolinach. Jest tu pusto i cicho. Czasem tylko zaszczeka bezpański pies, zniecierpliwiony czekaniem na resztki ze stołu, lub zaszumi samochód ostrożnie sunący po krętych serpentynach wąskich dróg.

Wiele miejsc, w których kiedyś żyli ludzie, dziś jest opuszczone. Niszczeją nie tylko stare, piękne, kamienne domy, z werandami z rzeźbionymi, drewnianymi kolumnami, butwiejącymi teraz od deszczu, słońca i korników. Także budynki wybudowane w latach osiemdziesiątych straszą powybijanymi szybami i wiatrem hulającym pośród betonowych ścian.

opuszczone cudenko

– Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma rozrywek, to i nie ma młodych – mówi mi właściciel rozpadającego się auta marki Zastava, który jako jedyny zgodził się podwieźć mnie do Babin Zub, miejsca, gdzie zaczyna się szlak na Midżor, najwyższy szczyt Serbii. Jego niechlujny wygląd, nieogolona twarz i zmęczony wzrok wskazują, że zazwyczaj o tej porze jest już w innym świecie, lepszym, bo zaprawionym miejscowym winem i rakiją. Jeden rzut oka na zasiadające w przydrożnej kafanie towarzystwo upewnia mnie, że w Kalna zostali już niemal wyłącznie ludzie, którym na opuszczenie tego miejsca nie pozwoliły wiek lub alkohol.

Kafana

Jeśli na wsi istnieje jakiekolwiek życie towarzyskie, to jego absolutną kulminacją jest kafana. Bardzo trudno opisać, czym kafana jest. Określenia „restauracja”, „bar” czy „lokalny zajazd” zupełnie bowiem nie oddają specyficznej atmosfery tych miejsc.

W kafanie w Kalna obok wiekowego kaflowego pieca stoi zepsuta lada chłodnicza. Stare urządzenie, które lata swojej świetności spędziło w dziale wędlin lub nabiału jakiegoś zachodniego supermarketu, tu, na serbskiej wsi, odnalazło drugą młodość, służąc za bar. Na jej szczycie ustawiono kilka, co elegantszych butelek zagranicznego alkoholu. Nie wzbudzają one jednak zainteresowania gawiedzi, pełniąc jedynie funkcję dekoracyjną. Prawdziwa magia jest ukryta wewnątrz niedziałającej chłodziarki: domowe wino oraz rakija, którymi raczą się faceci pokroju kierowcy starej Zastavy. W biesiadzie nie przeszkadza im serbskie godło, zawieszone w honorowym miejscu, zaraz nad wejściem do kuchni, ani też pokrywające ściany, niegdyś kolorowe, reprodukcje ikon Maryi i świętych.

Barman – w eleganckich lokalach dziadeczek w garniturze – tu zaś wyraźnie zmęczona życiem kobieta z ogromnymi sińcami pod oczami, jakąś ponadludzką cierpliwością od lat znosząca wybryki zasiadającej w jej lokalu pijackiej czeredy, zbiera zamówienia na jadło i napitki. Od czasu do czasu otwiera też ciężkie, blaszane drzwi, wypuszczając ze środka kłęby dymu papierosowego. Żółta żarówka przy suficie nadaje wszystkiemu sepiowych kolorów, tak że przekraczając progi kafany można poczuć się jak bohater jednego ze starych filmów Kusturicy.

kafana

Kafana jest otwarta niemal zawsze. Niemal zawsze można w niej spotkać te same osoby, które, wciąż wykonując te same czynności, powoli tracą swoje jestestwo, stając się elementami wyposażenia. Wszystko od lat wygląda tam samo, nie następują absolutnie żadne zmiany. I nie ma się co temu dziwić. Tu, w południowo-wschodniej Serbii czas się zatrzymał, upojony winem, dalej uparcie tkwi gdzieś w Jugosławii.

Miasteczko

Nowoczesność podpełzła pod Svrljig. Nie to, żeby wzięła je szturmem, o nie. Tego typu, niewielkie, bo ledwie kilkutysięczne mieściny znakomicie bronią się przed nowoczesnością swoim marazmem, biernością, powybijanymi szybami opuszczonych przystanków, na których od lat nikt się już nie zatrzymuje, a także ucieczką wszystkich młodych, którzy chcieliby tu cokolwiek zmienić. Udało się jej jednak przemycić tu jedną z wielkich miłości Serbów: zakłady bukmacherskie.

gry

Trudno jest pokonać kilkaset metrów dużego miasta, lub całkiem malutkiej mieściny, aby nie natknąć się na lokal, którego szyby szczelnie pooklejano kolorowymi reklamami, informującymi, że jest to miejsce, w którym przyjmuje się zakłady. W środku, na kilku ekranach wyświetlane są transmisje z różnych dyscyplin sportowych, a także wyniki tego wszystkiego, czego akurat nie da się obejrzeć na żywo. Na wystrój składają się także bar, gdzie można zamówić kawę lub piwo, oraz osłonięte szklaną barierą stanowisko przyjmowania zakładów.

Siadam w jednym z takich miejsc. Właśnie pada druga bramka dla Polski w meczu z Czarnogórą. Słyszę uderzenie dłonią w blat stolika. Kilka zmiętych na kulki kuponów leci w stronę śmietnika. To dosyć nieprofesjonalne zachowanie. Większość stałych bywalców stara się, wzorem kasyn, powstrzymywać swoje emocje. Powszechna radość nie wybucha nawet, gdy punkt zdobywa reprezentacja Serbii. Nie wszyscy bowiem musieli obstawiać zwycięstwo swojej narodowej drużyny.

Drzwi na uboczu przenoszą do zupełnie innego świata: krainy automatów. Tam, przy przygaszonym świetle, w blasku łuny bijącej od pożerających kolejne banknoty i monety maszyn, na wysokich stołkach siedzą gracze. Kompletnie oderwani od otaczającej rzeczywistości, zapominając nawet o stojącym obok piwie, traktują automaty bardzo personalnie, szepcząc do nich czule słowa typu „czuję, że ty mi dzisiaj dasz, maleńka”, „wiem, że jesteś gotowa”. Godziny spędzone na grze, zaciągnięte pożyczki, przyśpieszony oddech i rozszerzone źrenice przy naciskaniu kolejnych kolorowych przycisków pokazują, czym w istocie jest to szaleństwo.

Miasto

Stolicą regionu jest Nisz. Nie ma co ukrywać, trzecie największe miasto Serbii, jest po prostu brzydkie. Choć położone w niezłej lokalizacji, u podnóża gór, ich wierzchołki często przesłonięte są przez paskudne, szare bloczyska, z których brud i tynk odpada płatami. Swoją świetność Nisz przeżywał, jak się wydaje, gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową. Z tego okresu pochodzą zabytkowe kamienice, na które można natrafić w różnych jego częściach. Nie są one jednak uciechą dla oka. Niszczejące, nierzadko w całości lub części porzucone, zgwałcone przez socrealizm przebudową w fatalnym stylu, przywołują raczej smutek i wrażenie przemijania.

nisz

Nisz nie ma zbyt wiele do zaoferowania turystom, przynajmniej teraz, jesienią. Centralny deptak jest raczej nudny i senny. Na ulicach rządzi dresiarnia, a kobiety są mało atrakcyjne. Poza kilkoma kafanami, brak tu ciekawych knajp, czy innych zwracających uwagę obiektów. Najważniejsze zabytki Niszu także nie wzbudzają specjalnych emocji. Bazar również rozczarowuje i warto tam zajrzeć jedynie, by zobaczyć niesamowite ilości sprzedawanej tam papryki. Pachnie nią z resztą w całym mieście.

Nisz to miasto bez przyszłości, które swoją bogatą przeszłość skazało na zapomnienie ignorując ją lub wyganiając do skansenów. Jedynym uzasadnieniem Niszu jest trwanie, trzymanie się tych resztek gruzu i brudu, z których składa. I jeśli nie nastąpi tu jakieś trzęsienie ziemi, na które zupełnie się nie zanosi, pewnego dnia Nisz pożarty zostanie przez otaczającą go potęgę przyrody.

Zostaw Komentarz