Blizny. Notatki z Kosowa.

wpis w: Europa | 0

– Albańczycy, wojna, Bóg, Belgrad. Co to jest Nenad?
– To są… To są rzeczowniki – odpowiada przełykając ślinę.
Choć pierwsza scena filmu Gorana Radovanovica pt. Енклава ma w oryginale trochę inny wydźwięk, myślę, że cytat z niej całkiem dobrze oddaje to, co dzieje się obecnie w Kosowie. Rany wojenne już się zagoiły, ale blizny po nich dalej są widoczne.

Konflikty między Serbami a Albańczykami zamieszkującymi terytorium Kosowa istniały niemal od zawsze. W 1989 r. w całej Jugosławii przeprowadzono referendum, które w konsekwencji doprowadziło do stopniowego ograniczania autonomii Kosowa, likwidacji lokalnego parlamentu, prasy i telewizji. Zlikwidowano nauczanie w języku albańskim, a z przedsiębiorstw państwowych zwolniono tysiące osób albańskiego pochodzenia. Spowodowało to liczne niepokoje społeczne, które znalazły swoje ujście nie tylko w referendum niepodległościowym, którego nie uznały ani władze serbskie, ani żadne inne państwo. Pokłosiem tych działań było przede wszystkim utworzenie w 1996 r. Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK).
Działania UÇK – przybierające charakter terroryzmu i wojny partyzanckiej – wymierzone były przede wszystkim w cywilną ludność serbską. W 1998 r. sytuacja była tak zła, że lokalna milicja, nie radząc sobie z eskalacją przemocy, wezwała na pomoc armię. Doprowadziło to do wybuchu konfliktu zbrojnego, w wyniku którego życie straciły dziesiąty osób, a setki tysięcy, zarówno Serbów, jak i kosowskich Albańczyków zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i emigracji.
Fiasko negocjacji pokojowych, prowadzonych z udziałem przedstawicieli organizacji międzynarodowych, a także odkrycie masowych grobów w miejscowości Raczak doprowadziło do podjęcia decyzji o przeprowadzeniu nalotów NATO na serbskie cele wojskowe i strategiczne. Naloty zmusiły Serbów do zaakceptowania porozumienia pokojowego w czerwcu 1999 roku. Na jego mocy wycofano z Kosowa wojsko oraz zapewniono powrót kosowskich uchodźców. W celu zapewnienia bezpieczeństwa, do Kosowa przybyło 50 000 żołnierzy międzynarodowych sił KFOR.

Góry strzępiły krawędzie czarnego nieba, gdy stanąłem na granicy Serbii i Kosowa. Granicy, która dla połowy świata nie istnieje. Autobus, w który wsiadłem później, formalnie wcale nie jechał do Prisztiny. Na bilecie nadrukowano nazwę Gračanica, niewielkiego miasteczka w okolicy, gdzie wciąż mieszkali Serbowie. Pojazd zatrzymywał się jednak na chwilę w kosowskiej stolicy, aby wypuścić pasażerów. Na przedmieściach, przy chodniku, ponieważ przystanek ten oficjalnie nie istnieje, a autobusy z Serbii nie są wpuszczane na dworzec, o czym w dosyć niemiły sposób przypomniano mi podczas powrotu.

Prisztina. Niskie nasycenie.

Stolica Kosowa wygląda dziwnie znajomo w oczach ludzi wychowanych w latach dziewięćdziesiątych. Z jakiegoś powodu obrazy świata z czasów dzieciństwa, które zachowałem w swej pamięci, są przesunięte w stronę szarości. Podobne wrażenie miałem wychodząc wczesnym przedpołudniem na ulice Prisztiny. Że nasycenie kolorem tkanki miejskiej jest wyjątkowo niskie. Może to urok wielkiej płyty, kwitnącej gąszczami blokowisk w wielu częściach miasta. Może charakterystyczne dla czasów słusznie minionych zamiłowanie do betonu, jako jedynego słusznego materiału, z którego wykonuje się konstrukcje wszelkie. Może przez smog albo brak kradnących uwagę, krzykliwych reklam zachodnich marek, wizyta w stolicy Kosowa przypomina trochę cofnięcie się o co najmniej kilkanaście lat w przeszłość.

Kłóci się to zupełnie z tym, co dzieje się na ulicach. Nie ma tu miejsca na marazm, zmęczenie i rezygnację, tak charakterystyczne dla miejsc, które wyglądają jakby ktoś wyssał z nich jakąkolwiek radość. Dawno bowiem nie widziałem tyle życia, co w Prisztinie. W godzinach, w których w Warszawie można spotkać głównie emerytów i listonoszy, chodniki są pełne ludzi, na ulicach tworzą się korki, a w licznych restauracjach w centrum trudno znaleźć wolny stolik. Uliczni handlowcy oferują niemal wszystko, od przetworów domowych, po pończochy, a sterczące wieże żurawi dźwigowych wskazują miejsca budowy, liczne w każdej części miasta.

prisztina

A blizny? Kilka, zazwyczaj raczej niezauważanych, pomników czy pojawiające się co raz graffiti o charakterze politycznym przypomina o trudnej przeszłości. Ale stolica Kosowa zdecydowanie nie żyje tym, co wczoraj. Nie żyje też teraźniejszością, starając się ignorować to, że rzeczywistość nie jest tak plastyczna, aby nadążyć za wiarą, nadzieją i marzeniami mieszkańców. Prisztina zaczęła nowy wątek, nabrała w płuca duży haust powietrza i, jeśli tylko nic nie wydarzy się po drodze, wkrótce będzie nie do odróżnienia od innych europejskich stolic.

Wciąż to „ale”.

Pół dnia całkowicie wystarczy, aby w Prisztinie zobaczyć wszystko, co widzieć warto. Późnym popołudniem wsiadłem więc do pociągu jadącego w stronę Pejë. Zalesione pagórki powoli przesuwały się za oknem, a zachód słońca nawracał nawet najbardziej zatwardziałych grzeszników. Nieliczni pasażerowie wysiadali od czasu do czasu przy zrujnowanych stacjach, by szybko niknąć w głuszy. Wokół nie było bowiem widać żadnych zabudowań.

peja

Do Pejë dotarłem już po zmroku. Tam, po chwili oczekiwania na opustoszałym dworcu, przesiadłem się w autobus. Kierowca wysadził mnie przy stacji benzynowej w Dečani, skąd do pokonania miałem jeszcze dobrych kilka kilometrów pieszo. Początkowo drogę oświetlały z rzadka ustawione latarnie, które znikły, gdy tylko zagłębiłem się w las. Nie były jednak potrzebne. Tej nocy księżyc jaśniał z niesamowitą siłą. Intensywny marsz pod górę rozgrzał mnie i sprawił, że z ust zaczęła unosić się para, gdy w oddali zauważyłem żółte, żarówkowe odbicie. Po chwili mijałem jego źródło: pierwszy posterunek wojskowy, który wyglądał jakby był opuszczony. Dopiero na kolejnym, obok transportera opancerzonego zauważyłem żołnierza. Podszedłem do niego i zapytałem:

– Dobry wieczór. Gdzie w okolicy znajdę kawałek płaskiego terenu, na którym mógłbym rozbić namiot?

– Nie mam pojęcia. Ja tu tylko pracuję – odparł wyraźnie wyglądający na znudzonego.

Poszedłem więc dalej w noc, dziwiąc się po drodze, że moje nagłe pojawienie się na posterunku wojskowym w środku lasu nie wzbudziło absolutnie żadnego zainteresowania. Dopiero następnego dnia, po nocy na mokrej od rosy łące, udało mi się chwilę dłużej porozmawiać z żołnierzami, którzy w tym miejscu chronili średniowieczny, serbski monastyr przed atakami ze strony Albańczyków. Udzielili mi kilka wskazówek co do trasy, po czym ruszyłem zdobywać najwyższy szczyt Kosowa.

Prizren. Dzieło ze skazą.

W marcu 2004 w Kosowie doszło do zamieszek na tle etnicznym, będących najkrwawszym incydentem w regionie od czasu zakończenia wojny. Ich bezpośrednią przyczyną było rozprzestrzenienie się ostatecznie niepotwierdzonej pogłoski o utopieniu przez Serbów dwóch albańskich chłopców, co rozpoczęło falę ataków Albańczyków na miejsca zamieszkania mniejszości serbskiej w Kosowie.
Wskutek serii ataków na serbskie enklawy zginęło co najmniej 19 osób, zaś ok. 4000 opuściło swoje domy. Setki budynków mieszkalnych zostało zniszczonych, doszło do starć Albańczyków z siłami KFOR. Kosowscy Albańczycy zniszczyli lub zdewastowali również 35 cerkwi Serbskiego Kościoła Prawosławnego. Według danych KFOR, w zamieszkach wzięło udział co najmniej 50 tys. osób. Skala przemocy skłoniła NATO do czasowego zwiększenia sił stabilizacyjnych KFOR.

Do Prizren jechałem najpierw złapaną na stopa betoniarką, wożącą cement potrzebny do budowy hydroelektrowni na jednej z górskich rzek. Następnie przesiadłem się w autobus, by kilka chwil później odpoczywać na urokliwym starym mieście, u podnóża zamku. Restauracje w Kosowie są zazwyczaj sporo tańsze niż w Polsce. Porządny posiłek w atrakcyjnym miejscu to koszt nie przekraczający kwoty 4 – 5 euro. To, w którym się ulokowałem, choć z zewnątrz wyglądające na nieco bardziej skromne, po zajrzeniu do środka zaskoczyło mnie swoim rozmachem. Dwa piętra, kilka dużych sal ze stolikami dla gości, fontanny, żywe zwierzęta – nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej byłem w tak efektownym lokalu.

Prizren nazywane jest perłą Kosowa. I rzeczywiście, atrakcji turystycznych jest tu jakby więcej, a okolice Placu Shatërvan, które mi kojarzyły się z rynkiem w Kazimierzu Dolnym, odwiedza znaczna ilość turystów, w tym zagranicznych. Ale Prizren ma też swoją ciemną stronę. Obok pięknie podświetlonych nocą meczetów i górującej nad miastem twierdzy, nieco w ukryciu stoją serbskie cerkwie, spalone lub zrujnowane podczas zamieszek w 2004 r. Nie pomogła obecność wojsk KFOR, ani to, że część w nich stanowiła unikatowe dzieła kultury, wpisane na listę UNESCO. Wystarczyło, że były serbskie.

prizren

Nie rozumiem tej nienawiści. Nie wiem, jakie okoliczności mogłyby sprawić, że ci mili i pomocni ludzie, których spotykałem nie tylko w Prizren, ale i w całym Kosowie, w pewnym momencie stali się prześladowcami swoich sąsiadów, tylko z tego powodu, że są innej narodowości. Chciałbym wierzyć, że to tylko dlatego, że wydarzyło się zaraz po wojnie, w której to wielu kosowskich Albańczyków było ofiarami. Że po tak długim czasie, jaki upłynął do dnia dzisiejszego, rany się zagoiły i mogę wierzyć, że podobna sytuacja nie wydarzy się nigdy więcej. Tylko czy mogę w to wierzyć?

Dzieci bawią się w to, czym zajmują się dorośli

Poznałem trochę Serbów i kosowskich Albańczyków jeszcze przed wyjazdem w te strony, goszcząc ich w swoim domu, po tym jak wysłali mi zapytanie na portalu couchsufring.

Rodzice Tii, Serbowie z okolic Mitrovicy uciekli razem z nią, wtedy dwuletnim dzieckiem, najpierw do Belgradu, a następnie do Belgii. Nie wiem, czy to z tego powodu, nigdy nie śmiałbym zapytać, ale Tea była jedną z najbardziej wrażliwych osób, które poznałem. To ten typ człowieka, któremu, jak mitologicznemu Atlasowi, ciąży na barkach całe sklepienie niebieskie nierozwiązanych spraw, wydarzeń i problemów. Tea nie mogła oglądać telewizji, słuchać radia ani czytać gazet. Jej wrażliwość sprawiała, że to, co tam znajdowała, najpierw ją przerażało, a później, gdy docierało do niej, że nie jest w żaden sposób temu zaradzić, powodowało niesamowity smutek i depresję.

Dardan być może dalej jest w Warszawie. Poznałem go jako bardzo sympatycznego, młodego człowieka, który potrzebował zamieszkać gdzieś przez kilka gni, do momentu, aż znajdzie mieszkanie w Warszawie. Jego rodzice handlowali ropą w Prisztinie, on sam zaś rozpoczynał studia na stołecznej politechnice. I pewnie nie mógłbym powiedzieć o nim ani jednego złego słowa, gdyby nie to, że zdarzyło mi się zajrzeć na jego profil na facebooku. Na zdjęciach zakapturzony, z racą w ręku i twarzą owiniętą albańską flagą, często zamieszczał wpisy w wulgarny sposób obrażające Serbów.

Wojna w jakiś sposób odnalazła ludzi, którzy są zbyt młodzi, aby mogli jej doświadczyć bezpośrednio. Dzieci bawią się w to, w czym zajmują się dorośli. I pewnie będzie tak jeszcze przez kilka pokoleń. Bo chociaż w miastach i wsiach Kosowa ślady konfliktu są już mało widoczne, to najwięcej blizn jest zawsze w samym człowieku.

 

 

Zostaw Komentarz