Jak wytresować smoka. Na najwyższy szczyt Andory.

wpis w: Europa, KGE | 0

Tak naprawdę wcale nie zastanawiałem się na poważnie nad wyjazdem do Andory. Jasne, fajnie by było pojechać, ale nie przy takim ogromie obowiązków i tak niewielkiej liczbie dni urlopowych. Tanie bilety zaskoczyły mnie nie mniej, niż zima w Polsce służby drogowe. Sam wyjazd wywołał zaś tak niesamowitą liczbę różnego rodzaju perypetii, że ich ujarzmienie przypominało tresurę smoka. Zwłaszcza, że smok we własnej osobie pojawił się w drugiej jego części.

_DSC6189

 

To jest jeden z artykułów z serii opisującej szczyty Korony Gór Europy. Dotychczas ukazały się również:
Korona Gór Europy 1/46: Carrantuohill, najwyższy szczyt Irlandii
Korona Gór Europy 2/46: Howerla, najwyższy szczyt Ukrainy.
Sztuczny bocian, Wielkanoc i skradziony paszport. O „zdobywaniu” Dzierżyńskiej Góry, najwyższego punktu Białorusi.

 

Nieprzypadkowo są tanie

ComaPedrosa:metryczka

Jeśli kiedykolwiek szukałeś tanich połączeń międzynarodowych, zapewne dobrze wiesz, z jakiego powodu mają tak niską cenę. Ujmując to bardzo skrótowo: podróż w ten sposób bardzo często nie należy do zbyt komfortowych. Tak było i w tym przypadku.

W Internecie znalazłem bilety przewoźnika autobusowego Megabus z Brukseli do Barcelony i z powrotem w świetnej cenie dwóch funtów brytyjskich. Do tego wystarczało tylko dokupić tani lot do stolicy Belgii i za niecałe sto złotych czułem się niemal jak obywatel Hiszpanii.

Problemy dały o sobie znać jeszcze na lotnisku w Polsce. Z niewiadomych przyczyn mój lot został odwołany. Panika. Ja tam w Hiszpanii poumawiany ze znajomymi, autobus mi ucieknie, jeśli polecę później, jednym słowem, nie wiadomo, co robić. Miałem jednak wyjątkowe szczęście: w zamian za odwołany lot dostałem ostatni, niewykupiony bilet do samej Barcelony. Byłem tak z tego zadowolony, że nie przeszkadzał mi nawet fakt, że przylot wypadał na środek nocy, którą przespałem na podłodze lotniska El Prat.

To nie jest kraj dla autostopowiczów

Mówię to z pełną świadomością, jak wiele osób jest przeciwnego zdania: naprawdę nie lubię Barcelony. To chyba najbardziej przereklamowane miasto, w jakim byłem. Drożyzna, zgiełk, hordy turystów i miejscowi patrzący spode łba na każdego przyjezdnego. Plaża jest okropna (chyba, że jesteś fanem dźwięków typu „umcyk, umcyk” przez całą dobę), a wszystkie najważniejsze atrakcje miasta można „obskoczyć” w jeden dzień.

Natomiast okolice Barcelony to samo złoto. I nie mam na myśli jedynie Montserrat. Liczne, niewielkie miasteczka mają niesamowity klimat, często także wspaniałe zabytki, pochodzące jeszcze z czasów rzymskich. W takich miejscach ludzie żyją wolniej, spokojniej, są bardziej sympatyczni i otwarci.

Karafka sangrii i koncert lokalnych artystów to duża przyjemność na zakończenie upalnego dnia.
Karafka sangrii i koncert lokalnych artystów to duża przyjemność na zakończenie upalnego dnia.

Także obiekty przyrodnicze są naprawdę warte uwagi. Pireneje – również niższe partie – to góry wyjątkowo spektakularne. Niezrównane widoki łagodziły negatywne uczucia związane z wyjątkowo wolnym pokonywaniem kolejnych kilometrów. Hiszpania jest krajem mało przystępnym dla autostopowiczów. Pokonanie trzystu kilometrów pomiędzy Barceloną a Andorą zabrało mi aż trzy całe dni.

Coma Pedrosa: droga
Katalońskie wioski rozsypują się między wzgórzami.

Na samej górze

Aby dostać się na Pic de Coma Pedrosa, najwyższy szczyt Andory, ze stolicy tego kraju należy dojechać do miejscowości Arinsal. W tym miejscu droga właściwie się kończy, a rozpoczyna się szlak. Jego pokonanie w warunkach letnich nie stanowi wielkiej trudności. Na całym odcinku jest dobrze oznaczony, właściwie nie dając możliwości zgubienia się. Do momentu wejścia na grań nie ma również problemów ze znalezieniem wody.

W połowie szlaku można znaleźć miejsce na nocleg – w schronisku Refugi de la Comapedrosa lub szałasie pasterskim położonym nieopodal. Schronisko jest otwarte jedynie w sezonie letnim (po 30 czerwca). Poza tym okresem istnieje możliwość skorzystania z pokoju zimowego w przybudówce schroniska. Na miejscu znajdziemy łóżko piętrowe bez materaca (na nie więcej niż 8 osób), podstawowe sprzęty (piłę do drewna, łopatę od śniegu) oraz kominek.

Coma Pedrosa: refugi
Suszenie przy kominku w pokoju zimowym przy Refugi de la Comapedrosa

W dalszej części szlaku pewnym problemem może być pokonanie śnieżnika (lodowczyka), zalegającego w kotle między schroniskiem a wejściem na grań. Trudno jest mi powiedzieć, jak to miejsce wygląda w środku lata. Na początku czerwca jego pokonanie można określić słowem „przygoda”. Przeskoczenie szczeliny brzegowej, dosyć gruba warstwa lodu, pod którą słychać szum płynącej wody, przywodzi wrażenia z gór wysokich oraz całkiem sporo adrenaliny.

Pic de Coma Perdosa: śnieżnik
W czerwcu należy spodziewać się jeszcze znacznej ilości śniegu.

Grań jest bezśnieżna. Występuje spora ekspozycja i niewielkie trudności skalne. Szczyt oznaczony jest niewielką, stalową konstrukcją, ukrywającą księgę pamiątkową.

Dałem się namówić

Jedne z kostiumów tradycyjnie zakładanych na La Patum
Jedne z kostiumów tradycyjnie zakładanych na La Patum

Podróż powrotna zapewne przebiegałaby nieco sprawniej, gdyby nie poznani po drodze ludzie. Zasugerowali mi zmianę trasy, tak aby wieczór spędzić w Berga – niewielkim, bo ledwie kilkunastotysięcznym miasteczku oddalonym o około 120 km na północ od Barcelony. Powód, dla którego dałem się namówić, był dosyć prosty – tego dnia odbywała się tam tradycyjna, hiszpańska fiesta –  La Patum.

Hiszpańskie fiesty, festiwale i uroczystości to coś, co chyba nie ma odzwierciedlenia w polskiej kulturze. Związane są ze świętami narodowymi, lokalnymi, czy religijnymi. Charakteryzują się zróżnicowanym sposobem celebracji: od unikalnych, kolorowych strojów, przez budowanie piramid z ludzi, aż do wojny na pomidory czy gonitwy z bykami.

La Patum, organizowana corocznie w Boże Ciało, to fiesta związana z tradycyjnymi tańcami ludowymi. Mieszkańcy miasteczka, przebrani w stroje o mistycznym lub symbolicznym znaczeniu, wykonują w akompaniamencie instrumentów perkusyjnych kolejne tańce, aby uczcić moment przesilenia letniego (święto wywodzi się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich). Towarzyszy temu pirotechnika – świece, race, flary, iskry sprawiają, że w kulminacyjnym momencie trzeba być naprawdę porządnie ubranym, aby nie zostać poparzonym (będąc w koszulce z krótkim rękawem iskry z pyska smoka poparzyły mnie dosyć nieprzyjemnie – to nie są „zimne ognie”).

Poza przedstawieniem na głównym rynku miasta, także inne jego części się bawią. Pojawia się duża ilość tzw. „straganów”, podobnych do tych, jakie są na odpustach i dożynkach w Polsce. Przyjeżdża wesołe miasteczko oraz artyści sztuk ulicznych, a większość knajp i barów z okazji La Patum przygotowuje specjalny, domowy trunek.

Całość jest niezwykle interesująca. Niestety, mogłem spędzić tam jedynie jeden dzień, po czym, już bez większych przygód, wróciłem do Barcelony.

Podsumowanie

„Na wariackich papierach” – tak chyba najlepiej określić wyprawę na najwyższy szczyt Andory. Dziwne sytuacje w transporcie, niepowodzenie ze stopem i wałęsanie się po niewielkich wsiach i miejscowościach, przejście po śnieżniku oraz festiwal w Berga. Działo się naprawdę wiele rzeczy zupełnie niespodziewanych. Ale może to i dobrze. Dzięki temu mam dzisiaj o czym opowiadać.

To czwarty artykuł z serii opisującej szczyty Korony Gór Europy. Kolejne już wkrótce. Bądźcie czujni!

Zostaw Komentarz