O czym śpiewają ulice Izraela? Dźwięki z podróży.

wpis w: Azja | 0

Świat jest dużo bardziej zasobny, niż zwykło nam się wydawać. Swoją świadomością obejmujemy tylko wycinek rzeczywistości, spostrzegając tylko niektóre przedmioty, zjawiska, odczucia i  zależności. Inne nasz umysł ignoruje, co oczywiście nie oznacza, że ich nie ma. Jedną z takich, często ignorowanych rzeczy są dźwięki. Bo i kiedy ostatnio celowo wsłuchiwałeś się w szum ulicy, szmer wiatru albo śpiewanie ptaków? Choć zazwyczaj niezauważalne, te dźwięki dalej istnieją, a „odkrywanie” ich sprawia dużo przyjemności. Część z nich, które udało mi się odkryć, przywiozłem ze sobą z Izraela.

DSCF5363

Jerozolima

Stare miasto w Jerozolimie jest czymś wyjątkowym. Zupełnie nie przypomina starówek w Europie: mniejszej lub większej ilości starych budynków i brukowanych ulic. Podobne jest bardziej do labiryntu: duża liczba ciasnych uliczek, szczelnie zabudowanych z obu stron, w wielu miejscach przykrytych dachem. Najbardziej żywe, gwarne i tłoczne jest w części arabskiej, wypełnionej sklepami, straganami i wszelkiej maści kupującymi i sprzedającymi.

DSCF5314

W część żydowska jest dużo spokojniejsza. Sprawia wrażenie jaśniejszej, bogatszej, bardziej zadbanej. Zamiast sklepów i restauracji częściej można tam znaleźć drzwi wejściowe do mieszkań i domów. Poza okolicami Muru Zachodniego (tzw. Ściany Płaczu), dokąd zmierza większość turystów odwiedzających Jerozolimę, nie jest tak zatłoczona, jak dzielnica arabska. Częściej można tu spotkać charedim – ultraortodoksyjnych Żydów, ubranych w czarne chałaty i kapelusze, bądź też sztrajmł – wysokie, futrzane czapki.

Upodobałem sobie tam szczególnie niewielkie podwórko na uboczu, gdzie turyści prawie się nie zapuszczali. Siadałem na schodkach, udając, że piszę w notatniku i obserwowałem, jak żyją miejscowi. Patrzyłem na dorosłych, cieszących się ze spotkania z przyjaciółmi i sąsiadami, oraz na radośnie bawiące się dzieci, które, początkowo nieufne, szybko przyzwyczaiły się do mojej obecności.

DSCF5380

Ściana płaczu

Pierwsze kroki w Jerozolimie skierowałem jednak w stronę Ściany Płaczu. Poza Al-Kaba, trudno było mi sobie wyobrazić miejsce otaczane większą czcią i kultem, gdzie atmosfera religijności jest tak bardzo odczuwalna. Choć nie wyznaję judaizmu i tak spodziewałem się odczuć duchowych, jakiegoś rodzaju religijnego uniesienia, zwłaszcza że była sobota rano, szabas.

I… zawiodłem się bardzo. Pod Ścianą Płaczu był po prostu bałagan: porozrzucane stoliki, krzesła, ławki, stoisko z jakimiś przedmiotami na sprzedaż. Wokół tego kręcił się tłum turystów, mających za nic prośby o zachowanie ciszy i nie robienie zdjęć. Dźwięk plastykowych krzeseł, którymi służby porządkowe szurały o kamienną posadzkę, roznosił się po całym placu. Jedynie kilka osób, jakby niewzruszonych tym, co dzieje się wokół nich, próbowało się modlić.

DSCF5291

Dopiero po paru chwilach zorientowałem się, że w rogu placu pozostała jeszcze nieco większa grupa modlących się, z rabinem na czele, którzy w pewnym momencie zaczęli śpiewać. Nie chciałem im przeszkadzać, zakłócać spokoju w tym niewielkim skrawku ich najświętszego miejsca, który ocalał się od zastępów turystów. Chowałem się za stertą krzeseł, tak długo, aż nie wykurzyły mnie stamtąd służby porządkowe.

Pod Ścianę Płaczu wróciłem jeszcze raz w godzinach wieczornych, licząc że zmrok zmieni nieco panującą tam atmosferę, pozostawi więcej miejsca do kontemplacji i refleksji, skupienia się na swoich przeżyciach wewnętrznych. I zawiodłem się ponownie. Ludzi było nawet więcej, niż rano, a ich zachowanie zupełnie odbiegało od nazwy tego miejsca: nie było im smutno, a wręcz przeciwnie, weselili się, śpiewali pieśni. Nie znam się na judaizmie i nie wiem, może tak powinno być. Ja jednak nie znalazłem tam ani krztyny z przeżyć duchowych, których poszukiwałem, co nie znaczy, że nie odczuwałem ich w Izraelu w ogóle.

DSCF5444-2

Bazylika Narodzenia Pańskiego w Betlejem

To był główny cel tego wyjazdu, spełnienie marzenia, które zapewne dla wielu nie jest obce: spędzić święta Bożego Narodzenia w Betlejem. I tam liczyłem, że być może coś się stanie, udzieli mi się jakaś religijność, nabiorę przeświadczenia o istnieniu jakiegoś absolutu. Szpitale psychiatryczne w Izraelu i Palestynie są pełne ludzi, którzy po przyjeździe do Ziemi Świętej zaczęli uważać, że są postaciami biblijnymi (serio, ma to nawet swoją nazwę naukową: syndrom jerozolimski). Nie mam aż takich wymagań od życia, chciałem chociaż troszkę poczuć cokolwiek.

W Bazylice Narodzenia Pańskiego, tej, pod której ołtarzem jest grota, w której miał narodzić się Chrystus, jest ciasno i tłoczno. Wejścia są zazwyczaj bardzo niskie, tak że przechodząc przez nie trzeba się pochylić. I nie wiem czy to, bardziej niż przeżycia religijne, nie sprawiło, że czułem się tam szczególnie. Mam klaustrofobię i obawiam się przebywać w ciasnych, zatłoczonych miejscach. Takiej interpretacji sprzyja to, że panująca tam atmosfera jest podobnie pozbawiona duchowości, jak w okolicach Ściany Płaczu. Do Groty Narodzenia turyści po prostu dosyć chamsko się pchają, a wchodząc do środka strzelają selfiaki z miejscem narodzenia Jezusa.

DSCF5576

Wioska hippisów

Odwiedziwszy miejsca kultu religijnego, wróciłem do bardziej świeckich części Izraela, jadąc z Jerozolimy, przez Jerycho, nad Morze Martwe. Od poznanych ludzi dowiedziałem się, gdzie znajdę dosyć ciekawe miejsce na rozbicie namiotu – wioskę hippisów.

ludzie na środku, w gałęziach-2

Na miejscu nie było dużo ludzi. Kilkanaście „osad”, czasami namiotów, czasami daszków, altan czy innych konstrukcji wykonanych ze wszelkich materiałów dostępnych w okolicy i przywiezionych na miejsce. Drugie tyle, lub nawet więcej, osad było opuszczonych. Ludzie, którzy tam mieszkają, czasem bardzo długo, podchodzą do nowo przybyłych z lekkim dystansem. Nie są też chętni robieniu zdjęć, prosili, aby nie udostępniać informacji o lokalizacji ich wioski na plaży. I wcale im się nie dziwię. Wystarczy obejrzeć wiadomości w telewizji, by nabrać niechęci do tego, co dzieje się na świecie i zapragnąć żyć inaczej: mieszkać gdzieś z dala od wszystkiego, myć się w rzece, gotować na ognisku, a nocą słuchać wyjących w górach kojotów.

Odkrywanie świata

Mimo, że moje spodziewania wielokrotnie były odmienne, jestem bardzo zadowolony z wizyty w Izraelu. Bo i dlaczego miałbym złościć się z tego powodu, że moje wyobrażenia, jakiś rodzaj projekcji, który stworzyłem w swojej głowie, nie sprawdził się? Nikt przecież nie obiecywał, że się spełnią, więcej, że będą miały jakikolwiek związek z rzeczywistością. W pozwalaniu na bycie zaskakiwanym tkwi chyba duża część tego, co nazywamy odkrywaniem świata. Inną jego częścią jest dostrzeganie tego, co z pozoru jest zakryte, czego zazwyczaj się nie widzi. Mogą to być dźwięki otoczenia, wyrazy twarzy napotykanych ludzi (uwielbiam spacerować po mieście, patrzeć na ludzi i zastanawiać się, o czym mogą myśleć), sposób w jaki światło odbija się od ulicy w deszczowy dzień i wiele, wiele więcej. To dobra wiadomość, bo w ten sposób można odkrywać świat nawet nie ruszając się z domu.

Zostaw Komentarz