Jak organizowałem polską wigilię w Betlejem

wpis w: Azja | 0

Spędzić Boże Narodzenie w Betlejem – to marzenie zapewne nieobce niejednemu. W ostatnie święta udało mi się je zrealizować. Poszedłem nawet dalej. Nie chcąc obchodzić wigilii samemu, tak daleko od domu, postanowiłem zaprosić innych podróżnych z Polski. Jak wyszło? I jak wyglądają święta Bożego Narodzenia w tym szczególnym miejscu? O tym poniżej.

W Betlejem, jak i u nas, w święta deszcz. Manger Square - plac przed Bazyliką Narodzenia Pańskiego w Betlejem.
W Betlejem, jak i u nas, w święta deszcz. Manger Square – plac przed Bazyliką Narodzenia Pańskiego w Betlejem.

Okres przedświąteczny

Przed wyjazdem do Izraela mocno zastanawiałem się, czy jednak nie zostać w Polsce. Nie jestem specjalnie religijny, jednakże spędzenie kilku dni w roku z rodziną, gromadząca się w komplecie chyba tylko z okazji świąt, jest czymś ważnym dla mnie. Wyobrażałem sobie, że w wigilię Bożego Narodzenia będę siedział sam (bo chętni do wspólnego wyjazdu jak zwykle się wykruszyli), gdzieś przy ognisku na pustyni i smętnie przygrywał kolędy na harmonijce. Że będzie mi po prostu przykro, że nie jestem z bliskimi. Zdecydowałem się jednak pojechać, a wszystko ułożyło się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem.

Dni bezpośrednio poprzedzające Boże Narodzenie spędziłem w Jerozolimie. Tam też spotkałem przyjaciół, o których wiedziałem, że w tym czasie będą w Izraelu. Korzystając z faktu, że zatrzymałem się w hostelu, gdzie był dostęp do internetu, na jednej z grup podróżniczych opublikowałem także zaproszenie do wspólnego spędzenia świąt dla wszystkich tych, którzy w tym czasie będą w Betlejem. Pierwszą zainteresowaną osobę – Piotrka, który stał się moim kompanem podczas części podróży – spotkałem w tym samym hostelu.

W wigilijny poranek spakowałem swoje rzeczy, wsiadłem w autobus odjeżdżający z okolic Bramy Damasceńskiej i ruszyłem do Betlejem.

Było miejsce w gospodzie

Jadąc do Betlejem czułem się trochę jak pionier, myśląc „jadę założyć obóz”. Bo i rzeczywiście, pierwszym czekającym mnie tam zadaniem, było znalezienie miejsca, w którym mógłbym wigilię zorganizować. Oczywiście, nie miałem wynajętej żadnej sali, stolika w restauracji, a nawet hostelu, gdzie, być może, udałoby się przemycić kilka dodatkowych osób. Zgodnie ze wcześniejszymi wyobrażeniami, szukałem raczej spokojnego miejsca na rozbicie kilku namiotów i ognisko, najlepiej gdzieś niedaleko Bazyliki Narodzenia Pańskiego, tak, żeby móc szybko przenieść się w centrum wydarzeń. I wszystko by było pięknie, tylko… Czy próbowałeś kiedyś rozbić namiot i rozpalić ognisko w centrum kilkudziesięciotysięcznego miasta, zaraz przy jego największej atrakcji, nie zwracając na siebie uwagi? Mówiąc ogólnie, nie jest to najprostsze zadanie. A jednak się udało.

Tradycyjna, świąteczna parada.
Tradycyjna, świąteczna parada.

Po wyjściu z autobusu, odrzuceniu propozycji tysiąca taksówkarzy i przewodników, jednej kontroli bezpieczeństwa oraz kilkunastominutowym spacerze przez kipiące od przekupniów, wąskie uliczki miasta, dotarłem do placu przed bazyliką. Szopka, choinka, metalowe barierki, kolorowe lampki nad głowami, dużo mniej turystów, niż się spodziewałem. Pomaszerowałem więc do „polskiego” sklepu w rogu placu, z pytaniem o najbliższy park, skwer czy inną przestrzeń dogodną do założenia obozu. Właściciel sklepu, mówiący po polsku Palestyńczyk był zaskoczony moim pytaniem i niestety nie potrafił mi pomóc. Wskazał jedynie ręką jeden z kierunków, mówiąc: „może tam gdzieś, ale nie wiem”.

Postanowiłem sprawdzić ten „możekierunek”. Jak szybko się przekonałem, na park nie miałem co liczyć. Obiekty użyteczności publicznej w Palestynie to raczej rzadkość. Nie ta strefa klimatyczna, nie ta zamożność kraju. Zamiast tego udało mi się zauważyć, że niektóre domy mają ogrody. Obrałem więc klasyczną, wielokrotnie testowaną strategię noclegową „na gospodarza”: pytanie mieszkańców, czy mogę rozbić namiot na ich podwórku.

Pierwszy dom, ogródek z ładnymi drzewkami i… porażka. Przepraszają, ale nie ma takiej możliwości. Maszeruję więc dalej. Wielorodzinny dom, obok skrawek zieleni z karłowatymi drzewkami i dosyć dużą ilością śmieci, w zasadzie nie należący do tego domu. Zapytam więc dla porządku. Kobieta, która otwiera mi drzwi nie pozwala rozbić namiotu, mimo że w rozmowie wspomina, że rzeczywiście, ziemia obok nie należy do jej rodziny. Wkurza mnie to i zaczynam negocjować, wymyślając łzawą historię, że są święta, wszystkie hotele i hostele są zajęte, a spędzenie wigilii w Betlejem jest dla mnie bardzo ważne. Kobieta mówi, abym czekał, a sama wraca do domu. Po kilku chwilach przychodzi druga, lepiej mówiąca po angielsku, której powtarzam tą samą historię. Znowu prośba abym czekał. Mija dłuższa chwila, po której druga z kobiet wychodzi i mówi: „Wiesz, w zasadzie możecie się rozbić, ale mam lepszą propozycję. Tu na dole mamy jeden pokój, z którego nikt nie korzysta. Możesz tam zostać, jeśli chcesz”.

W ten sposób znalazłem miejsce na zorganizowanie polskiej wigilii w Betlejem.

Wigilia

Dalsze plany obejmowały przede wszystkim zakupy, a także zaproszenie gości. Pierwsze z tych zadań udało się szybko zrealizować dzięki wizycie w pobliskim sklepie. Przy okazji dowiedziałem się, jak przystępne, w porównaniu do Izraela, są ceny w Palestynie, a także wziąłem udział w tradycyjnej, bożonarodzeniowej paradzie. Korzystając z publicznie dostępnego internetu Manger Square, udało się poinformować gości, dokąd mają iść. Pierwsza dwójka pojawiła się z resztą bardzo szybko.

Gdy zapadał zmrok, ustawiliśmy stolik i krzesła na tarasie, z którego roztaczał się widok na okoliczne wzgórza. Od gospodarza dostaliśmy do użytku butlę z gazem i palnik, na którym ugotowaliśmy przywieziony z Polski barszcz i zasiedliśmy do wieczerzy. Choinki co prawda nie było, ale liczba potraw jak najbardziej się zgadzała. Były życzenia, prezenty i sympatyczna atmosfera, tak, że wbrew wcześniejszym obawom, nie tęskniłem specjalnie za domem.

Nad Betlejem zapada zmrok.
Nad Betlejem zapada zmrok.

Wkrótce zrobiło się zimno, dlatego przenieśliśmy imprezę do domu. Chwilę później zaczął też dosyć silnie padać deszcz. Mimo tego, z ulewy wyłoniły się kolejne trzy osoby, które dołączyły do wigilii. Gdy tylko udało im się trochę nagrzać i podsuszyć, założyliśmy peleryny przeciwdeszczowe, chwyciliśmy polską flagę i całą grupą ruszyliśmy na Manger Square, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia.

Pogoda wypłoszyła niestety większość wiernych, nieliczni chowali się pod arkadami, okalającymi plac od jego południowej strony. Dostępu do Bazyliki Narodzenia Pańskiego oraz Kościoła św. Katarzyny, gdzie zwyczajowo odbywa się pasterka, strzegli żołnierze, ukryci za metalowymi barierkami. Wejście wymagało posiadania biletów, które rozeszły się wcześniej, niż zdążyłem nawet pomyśleć, że w święta będę w Izraelu. Zamiast pasterki było więc śpiewanie kolęd na placu. Po polsku – co spotkało się z powszechną sympatią i zainteresowaniem.

I gdy mieliśmy już wracać, zmarznięci i zmoknięci, żołnierze przepuścili na przez barierki, dzięki czemu równo o północy byłem przy ołtarzu, kilkanaście metrów od miejsca, w którym ponad dwa tysiące lat temu miał narodzić się Chrystus.

Miejsce, w którym, zgodnie z tradycją, miał urodzić się Jezus.
Miejsce, w którym, zgodnie z tradycją, miał urodzić się Jezus.

Chyba się udało

Mam poczucie, że chyba się udało. Może nie była to najlepsza wigilia, na której byłem kiedykolwiek. Najlepsze były wtedy, gdy byłem małym chłopcem. Może mogło przyjść trochę więcej osób (łącznie było nas siedmioro). Mogło też nie padać. Ale i tak jestem zadowolony. Spotkałem bardzo sympatycznych ludzi, dzięki którym mieliśmy się gdzie zatrzymać, a także którzy odpowiedzieli na moje zaproszenie. Przeżyłem ciekawą przygodę, o której mogę teraz opowiadać i nie mam corocznych wyrzutów sumienia, że zmarnowałem wolny czas na obżeranie się i leżenie przed telewizorem. I chyba nie mam nic przeciwko temu, żeby – przynajmniej raz na jakiś czas – spędzać święta trochę inaczej, niż zazwyczaj.

Zostaw Komentarz